Od mglistego marzenia do palącej potrzeby, czyli jak powstał ten żłobek – cz.2

Początkowe kryteria

Zaczynając szukać lokalu do wynajęcia pod żłobek, wyznaczyłam sobie kilka podstawowych kryteriów: około 80-100 metrów, na parterze, z miejscem na kuchnię i dwie łazienki, najlepiej z kawałkiem ogródka. Szybko zorientowałam się jednak, że to będzie bardzo trudne zadanie. Jeśli nawet pojawiało się na horyzoncie jakieś sensowne miejsce, właściciele absolutnie nie chcieli słyszeć o żłobku. Co najmniej jakby małe dzieci zarażały dżumą lub cholerą… Po jakimś czasie mega frustrujących poszukiwań wpadłam na pomysł, żeby trochę zmienić strategię. Skoro żłobek ma być domowy, a co za tym idzie warunki maksymalnie zbliżone do domowych, to chyba najłatwiej będzie je osiągnąć w realiach nie typowo usługowych, a raczej mieszkalnych. Logiczne. Poza tym w wybranym przeze mnie rejonie lokali użytkowych na wynajem było jak na lekarstwo, ale mieszkań i domów już o wiele więcej. Pomyślałam wtedy, że może łatwiej będzie znaleźć odpowiednie mieszkanie i przekonać jego właścicieli, że przeznaczenie go pod mały, kameralny żłobek może być dużo bezpieczniejsze i komfortowe niż wynajęcie np. studentom. To był dobry trop, bo już po kilku tygodniach oglądałam ciekawe mieszkanie, którego właściciele byli skłonni przeprowadzić gruntowny remont i przeznaczyć je na cele żłobkowe, bo bardzo im się ta idea spodobała. Byliśmy o krok od wiążących decyzji, ale miałam kilka wątpliwości dotyczących układu pomieszczeń i paru drobiazgów, czy sanepid to „puści”, mówiąc kolokwialnie. Wybrałam się od razu do odpowiedniej jednostki sanepidu i niestety dostałam czerwone światło. To i to nie przejdzie, taka jest obecna interpretacja przepisów. Było mi bardzo szkoda, ale jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że strategia szukania lokalu mieszkalnego jest dobrym tropem.

Skoro nie da się wynająć…

Czas mijał, młoda rosła, urlop macierzyński upływał. Emocje rosły, bo miałam świadomość, że przecież od momentu wynajęcia lokalu do uruchomienia żłobka może upłynąć nawet kilka miesięcy, a tu nawet nic konkretnego nie było na horyzoncie. Co ja zrobię jak urlop mi się skończy? Mgliste marzenia coraz bardziej zamieniały się w palącą potrzebę… Była połowa sierpnia, kiedy natknęłam się w sieci na ten wywiad. Po nitce do kłębka jakoś złożyło się, że udało mi się skontaktować z bohaterką tekstu, właścicielką małego, bliskościowego żłobka w Krakowie. Spotkałyśmy się i miałam możliwość zapytać o najbardziej nurtujące mnie kwestie. Moje pierwsze pytanie było oczywiste: JAK znaleźć lokal? Jakim cudem wynająć odpowiednie miejsce? W odpowiedzi usłyszałam coś, co mnie zszokowało:
– Skoro nie da się wynająć, to… kup.

Jak to „kup”…? Niby jak i za co? Ta rozmowa zrobiła mi w głowie totalną rewolucję. Argumenty o kredycie, którego rata jest kilka razy niższa od stawek wynajmu lokalu w Krakowie, o maksymalnym zagospodarowaniu przestrzeni nawet w małym 45-50-metrowym mieszkaniu, o przepisach, zgodnie z którymi w określonych warunkach nie musimy mieć pomieszczenia kuchennego i osobnej łazienki dla personelu – to wszystko wydawało mi się logiczne i przekonujące. Wręcz genialne w swej prostocie. Trochę martwiłam się, co na to mój mąż, ale ku mojemu zaskoczeniu w całym swym wrodzonym sceptycyzmie przyjął moje rewelacje z pełną optymizmu aprobatą. Od tej pory poszło już niemalże błyskawicznie.

Listopad? Ale przyszłego roku?

Znalezienie odpowiedniego mieszkania do kupienia okazało się o niebo łatwiejsze i zajęło mi… kilka dni. Oglądaliśmy dwa mieszkania na jednym osiedlu i gdy weszłam do tego drugiego, po prostu oczyma wyobraźni zobaczyłam tam żłobek dokładnie taki, jak teraz on wygląda. Tu będzie aneks kuchenny, tu część sypialniana, tu stoliki, łazienka spora – tu brodzik, tu umywalka, nawet ścianka przy wc się zmieści, no i szatnia cudna, duża, dwie ławeczki wejdą spokojnie. I jest duży balkon, który można fajnie wykorzystać. Miałam wręcz takie myśli, że do mieszkania toto się kompletnie nie nadaje, beznadziejny układ, po co komu taka duża łazienka i przedpokój w takim małym mieszkaniu? A w kontekście żłobka wszystko mi się składało. Końcem sierpnia mieliśmy podpisaną umowę wstępną i wpłacony wkład własny.

Trochę przedłużały się formalności kredytowe, ale przewidywałam, że najpóźniej w listopadzie powinniśmy odebrać klucze. Zaczęłam więc szukać ekipy remontowej do wykończenia mieszkania. To okazało się nie lada wyzwaniem. Dzwoniąc początkiem września do kilkunastu znalezionych firm, kilkakrotnie usłyszałam na pytanie o wolne terminy w listopadzie: „Listopad? Tak, przyszłego roku”… Trochę fuksem z polecenia udało mi się znaleźć solidnego człowieka, który w trzy tygodnie wykończył mieszkanie prawie sam. Teraz z perspektywy czasu wydaje się to takie proste i banalne, ot, mieszkanie SIĘ wykończyło. Ale w rzeczywistości to był dla mnie bardzo trudny czas. Raz, że co chwila musiałam się doktoryzować z różnych totalnie dla mnie obcych zagadnień – od rodzajów podkładów pod panele po normy dotyczące oświetlenia i nasłonecznienia. Dwa – prawie wszystkie zakupy były na mojej głowie, więc z młodą w chuście albo nosidle wybierałam i kupowałam płytki, panele, sanitariaty, farby, lampy… Poznałam dogłębnie wszystkie okoliczne sklepy budowlano-remontowe. Hitem było, jak musiałam z dnia na dzień skombinować specjalną zaciskarkę do rur – udało mi się ją wypożyczyć na drugim końcu Krakowa, gdzie spotkałam dawnego znajomego, z którym nie widziałam się z 15 lat… Teraz wspominam te ostatnie tygodnie ubiegłego roku z pewnym rozrzewnieniem, ale pamiętam też, że to był jeden z najtrudniejszych momentów w całym procesie tworzenia żłobka.

Ja dałam radę, Ty też możesz?

Strona internetowa, rekrutacja, meble, zabawki, akcesoria, formalności dotyczące odbiorów przez sanepid i straż pożarną… Trochę tego było i dobrych kilka tygodni zajęło mi ogarnięcie wszystkiego. I tak szczęśliwie żyjemy w dobrych czasach, gdzie większość rzeczy można zamówić przez Internet, więc przez jakiś czas bardzo zaprzyjaźniłam się z okolicznymi kurierami, którzy odwiedzali żłobek niemal codziennie. Po drodze spotkało mnie oczywiście trochę różnych przeciwności i trudności. Najpierw okazało się, że nie dostaniemy w tym roku dotacji z Urzędu Miasta, co było sporym ciosem, bo prawie 350 zł miesięcznie to duża kwota, od której wielu rodziców uzależnia swoją decyzję dotyczącą żłobka. Później przed samym planowanym otwarciem mieliśmy jeszcze trochę przebojów z meblami, które nie dotarły na czas, mimo że zamawiałam je w październiku. Mam jednak zaprawionego w bojach Anioła Stróża, który ratuje mnie w takich sytuacjach i udało się ze wszystkiego wybrnąć. Zgodnie z planem końcem stycznia pozytywnie przeszłam kontrole z sanepidu i straży pożarnej, co oznaczało, że możemy ruszać. Łącznie od momentu podjęcia decyzji o zakupie mieszkania do uruchomienia żłobka minęło równo 5 miesięcy.

Teraz, gdy to piszę, wydaje mi się, że to wszystko było dość łatwe. Wzięłam i zrobiłam żłobek. Tak naprawdę jednak było to ogromne przedsięwzięcie, które pochłonęło mnóstwo czasu, energii, oczywiście pieniędzy, ale też nerwów i znaków zapytania. Domyślam się, że z tego wpisu najbardziej mogą skorzystać osoby, które chciałyby otworzyć coś swojego, ale boją się/nie wiedzą jak/szukają inspiracji. Chciałabym Wam powiedzieć, że to nie jest takie straszne i dacie radę, ale… nie wiem tego. Wiem, że da się i można, ale potrzeba mnóstwa samozaparcia i determinacji, a przede wszystkim bardzo przemyślanej i spójnej wizji, jak to ma wyglądać, a przy tym dużej elastyczności, żeby tę wizję wpasować w realne warunki. Mnie pomogło też doświadczenie w pracy w żłobku, bo wiedziałam na co zwracać uwagę w wielu kwestiach związanych z taką żłobkową codziennością.

Mgliste marzenie odkładane na kiedyś „jak dzieci będą duże i będziemy mieć dużo kasy” stało się palącą potrzebą na kredyt przy dwójce małych dzieci. Bo jeśli nie teraz, to kiedy…? Czy było trudno? Bardzo. Czy było warto? Jeszcze bardziej.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *