„Jak raz weźmiesz na ręce, to ciągle będzie chciało być noszone” – czyli o noszeniu dzieci w żłobku

Pomysł na ten post zrodził się w mojej głowie jakiś czas temu, gdy na jednej z fejsbukowych grup pojawił się post o noszeniu dzieci w żłobku. Choć wtedy nie był to jeszcze pomysł na post, bo nie było pomysłu na bloga. Tak czy siak, miałam wtedy nieodpartą potrzebę powiedzenia głośno tego, co piszę teraz Wam.

Dlaczego w żłobkach nie nosi się dzieci?

Jak wynika z wcześniej wspomnianego postu oraz moich i Dady doświadczeń, powodów może być wiele. Spróbuję skonfrontować się z tymi najczęściej wymienianymi. Na wstępie zaznaczę tylko, że mowa tutaj głównie o około rocznych maluszkach lub młodszych dzieciach.

Bo dziecko się przyzwyczai

Jest to tak totalnie bez sensu, że aż nie wiem, co napisać. Ten argument powielany jest nie tylko na gruncie żłobkowym. Często słyszy się go wśród mam i pomimo coraz większej świadomości, nadal funkcjonuje przekonanie, że dziecko przyzwyczaja się do noszenia i terroryzuje rodziców, żeby nosili je jak najczęściej, najlepiej codziennie po kilka godzin (i na pewno będzie robić to do osiemnastki). Patrząc z punktu widzenia żłobkowej cioci, która ma pod opieką około roczne maluchy, powiem tylko, że dzieci są przyzwyczajane do noszenia od momentu poczęcia i nikt ani nic tego nie zmieni, a to, że w żłobku nie będą noszone, nie sprawi, że przestaną tego potrzebować.

Bo nie da się nosić wszystkich dzieci na raz

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że nikt nie mówi tutaj o noszeniu dzieci od tak. Nawet w domu dzieci są noszone zwykle gdy płaczą, marudzą, jest im trudno, boją się, coś je boli itd. Gdy dziecko tego nie potrzebuje, jest w dobrym nastoju i chętne do zabawy to najczęściej samo woli bawić się na podłodze czy poznawać świat w inny sposób niż na rękach u mamy (zwłaszcza jeśli samodzielnie chodzi lub raczkuje). Podobnie jest w żłobku. Dzieci chcą być noszone, gdy dzieje się z nimi coś, co utrudnia swobodną zabawę – ząbkują, są zmęczone, mają gorszy dzień albo dopiero się adaptują i u cioci na rękach czują się bezpieczniej. Powiedzmy sobie szczerze – rzadko się zdarza, żeby nagle wszystkie dzieci ząbkowały. Nawet jeśli kilkoro dzieci na raz chce na ręce, to można spróbować sobie z tym poradzić (o tym jak my sobie radzimy – za chwilę), a jeśli się nie da, to łagodzić sytuacje w inny sposób. Wiadomo, że zdarzają się sytuacje w których pomimo szczerych chęci niewiele można zrobić i dzieci po prostu muszą poczekać pomimo, że płaczą i bardzo potrzebują przytulenia, noszenia czy czegokolwiek innego.

Wyobraźmy sobie taką sytuację. W żłobku jest dziesiątka dzieci i trzy ciocie. Jest pora obiadu. Dzieci są głodne i zmęczone, chcą już jeść i nie rozumieją, dlaczego muszą chwilę zaczekać. Jedna ciocia musiała wyjść z dzieckiem do łazienki, bo chciało zrobić siku. Druga nakłada obiadki na talerze. Trzecia sadza dzieci do stołu i nakłada im śliniaczki. Wszystkie ciocie wykonują swoje czynności najszybciej i najlepiej, jak potrafią. Spieszą się, równocześnie śpiewają, bo to często dzieci uspokaja, a nierzadko w międzyczasie odstawiają dzikie tańce, bo może to pomoże choć trochę odwrócić uwagę. Mimo to dzieci płaczą, wyciągają rączki, chcą być przytulone, noszone, bo wtedy czuja się bezpieczne i zaopiekowane chociaż przecież generalnie chodzi im o jedzenie. Uspokajają się dopiero jak ciocia stawia przed nimi na stoliku ciepły obiadek. Ciociom jest przykro, że dzieci musiały płakać, ale wiedzą, że zrobiły wszystko, co w ich mocy, żeby dzieciakom było łatwiej. Dodam tylko, że takie sytuacje zdarzają się też w domach, gdzie jest jedna mama i jedno dziecko. Wiem to z doświadczenia, bo mój syn niejednokrotnie krzyczał jak oparzony, gdy musiał poczekać trzy minuty w łóżeczku jak robiłam siku. A teraz druga sytuacja. Jest czas swobodnej zabawy. Ciocie bawią się z dziećmi na dywanie, większość zajmuje się zwykłymi dziecięcymi czynnościami – układa, burzy, wyjmuje, wkłada i takie tam. Tylko jeden chłopiec ma dzisiaj gorszy dzień, płacze i ciągle chce się przytulać. Gdy ciocia bierze go na ręce, uspokaja się. Ciocia jednak nie nosi chłopca, bierze go na kolana, przytula, próbuje zabawić – to nie pomaga. Wystarczyłoby chłopca przez chwilę ponosić, być może za jakiś czas chciałby wrócić do zabawy lub zasnąłby na rękach i po drzemce obudził się w lepszym nastroju. Jest taka możliwość, inne dzieci spokojnie się bawią. Jednak w tym żłobku z zasady nie nosi się dzieci. Bo nie. Czym różnią się od siebie te dwie sytuacje? Zdarzenie przy obiedzie było naturalne i dość częste zarówno w żłobkach i domach. Dzieci czasami muszą poczekać i nie ma możliwości wzięcia ich na ręce. W drugiej przedstawionej historii, taka możliwość była, ale nie została wykorzystana bo „jak raz weźmiesz na ręce, to ciągle będzie chciało być noszone” – słyszałam to bardzo bardzo często w różnych żłobkach jako początkująca opiekunka.

Przytaczam te dwie historie, bo ważne jest dla mnie, żeby przekaz tego testu był jasny. Chodzi o to, żeby nosić dzieci wtedy, gdy jest taka możliwość i może to dzieciom pomóc, a nie zawsze i o każdej porze.

Bo kręgosłup mam jeden, a dzieci są ciężkie

Na ten argument zawsze odpowiadam, że jeśli wybiera się jakiś zawód to trzeba się liczyć z obowiązkami, jakie ze sobą niesie. Noszenie dzieci to część zawodu opiekunki, po prostu. Czy kierowca, który siedzi kilka godzin dziennie za kierownicą, może nagle stwierdzić, że on będzie prowadził samochód jednocześnie uprawiając jogę, bo od pozycji w której siedzi, bolą go plecy? Czy fryzjerka, która pracuje cały dzień na stojąco z rękami w niekomfortowej pozycji, poprosi klientkę żeby uczesała się sama, bo ona ma bóle kręgosłupa? Raczej nie. Kierowca, najpewniej kupi sobie poduszkę lub podpórkę pod plecy, która ułatwi mu długą jazdę w jednej pozycji, a fryzjerka ustawi fotel klientki na odpowiedniej dla swojego wzrostu wysokości i zaopatrzy się w specjalne krzesełko. A co może zrobić żłobkowa ciocia żeby ulżyć swojemu kręgosłupowi? I tutaj z pomocą przychodzą nam nosidła i chusty.

Jak my sobie radzimy?

Przede wszystkim używamy chust i nosideł. Nie zawsze, bo nie zawsze jest taka potrzeba. Jeśli dziecko chce być na rękach dłużej i bardzo tego potrzebuje to wkładamy je do nosidła, najczęściej na plecy bo wtedy mamy wolne ręce, żeby zrobić coś innego lub z przodu ponosić jeszcze drugie dziecko (tak, czasem nosimy dwoje dzieci na raz). Niechodzące maluchy, które nie akceptują wózka, bierzemy w nosidłach na spacer. Niektóre dzieci usypiamy w nosidle. Ot, cała tajemnica.

I na koniec napiszę tylko, że owszem, boli mnie czasami kręgosłup. Boli mnie od dźwigania, schylania, siedzenia w nieprawidłowej pozycji, noszenia swojego własnego dziecka. Ale biorę to na klatę, bo satysfakcja jaką daje ta praca, jest tego warta.

Dla porównania. Pracowałam kiedyś w piekarni i wtedy też bolał mnie kręgosłup. Byłam na nogach przez osiem godzin dziennie (mogłam usiąść na dziesięć minut jak miałam przerwę) i dźwigałam ciężkie kosze z pieczywem. Taki lajf.

Podsumowując. Można, a nawet trzeba nosić dzieci w żłobku. Jeśli tylko jest taka możliwość, a dziecko tego potrzebuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *