Od mglistego marzenia do palącej potrzeby, czyli o tym jak powstał ten żłobek – cz.1

Historia powstania tego żłobka sięga kilku lat wstecz i jest związana nieodłącznie z moją osobistą historią zawodowo-rodzicielską. Chciałam ująć to jakoś zwięźle i pokrótce, ale trochę nie potrafię. Mogłabym napisać po prostu, że pewnego dnia obudziłam się z myślą, że chcę otworzyć własny żłobek (bo to skądinąd prawda), ale do tej decyzji dojrzewałam tak naprawdę kilka lat, podczas których wydarzyło się wiele mniej i bardziej ważnych rzeczy. Myślę, że warto to opowiedzieć, ale przez to cały temat podzielę na dwie części.

Wszystko zaczęło się wiosną 2014 roku. Byłam na końcówce studiów, pracę magisterską miałam już napisaną i chciałam zacząć pracę w placówce. Wiedziałam już wtedy, że w szkole się absolutnie nie widzę, więc chciałabym pracować w przedszkolu albo żłobku – w takich też miejscach składałam swoje cv. Dość szybko dostałam pracę w prywatnym, sporym żłobku (ponad 40 dzieci). Początkowo myślałam, że to tylko na jakiś czas, żeby później spróbować też pracy w przedszkolu i ostatecznie zdecydować, gdzie czuję się lepiej. Do etapu przedszkola nigdy nie doszłam, poziom żłobkowy pochłonął mnie bez reszty. Jest to dla mnie dzisiaj dość zadziwiające, bo patrząc z perspektywy czasu i wiedzy, jaką mam dzisiaj, tamtego żłobka nie mogłabym nazwać nawet trochę dobrym. Nie chcę wchodzić w szczegóły, pozostańmy przy tym, że jedną z niewielu dobrych rzeczy, jakie wyniosłam z tamtego miejsca, było poznanie Nany. Pracowałyśmy w jednej grupie dłuższy czas (jak na tamtejsze warunki dotyczące częstotliwości zmieniania się opiekunek) i to była bardzo wartościowa i serdeczna współpraca. Zaczęły mi się wtedy pojawiać takie myśli i marzenia, jak fajnie byłoby mieć kiedyś swój żłobek i móc samemu ustalać zasady jego działania, dobrać odpowiednich ludzi (takich jak Nana na przykład :)) i w ogóle wykreować takie miejsce, jakie chciałabym dla swoich dzieci… Były to jednak baaardzo mgliste marzenia na zasadzie: może kiedyś, może jakoś, może…

Dwa lata później urodził się mój syn. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy i miałam być w grupie z własnym, rocznym maluchem. Przeżyłam jednak mały szok, bo po pierwsze w samym żłobku zaszły spore zmiany i wiele rzeczy funkcjonowało zupełnie inaczej niż wcześniej, co było dla mnie trudne. Po drugie jako mama zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na wiele kwestii i to, w co wcześniej wierzyłam swoim przełożonym, że jest normalne w grupie dzieci i nie da się inaczej, teraz wydawało mi się co najmniej nie na miejscu. Też nie chcę wchodzić w szczegóły, było po prostu słabo. A po trzecie sytuacja, że jestem z własnym dzieckiem typu HNB (high need baby – dziecko wymagające) w pracy była mega stresująca, tym bardziej, że moje próby poradzenia sobie z codziennymi trudnościami (jak np. noszenie młodego w nosidle do zaśnięcia, jeśli nie był w stanie usnąć inaczej i płakał wniebogłosy budząc resztę dzieci) były torpedowane tekstami o tym, jak to dałam się sterroryzować takiemu maluchowi… Na samą myśl o tamtym czasie mam ciarki. Wytrzymałam dwa miesiące i uciekłam z tamtej pracy. Chciałam spróbować takiego samego układu, czyli pracy z własnym dzieckiem w innym miejscu. Miałam już nawet upatrzony żłobek, wszystko było ustalone, niebawem miałam zacząć pracę, kiedy niespodziewanie okazało się, że jestem w drugiej ciąży…

To był jeden z najtrudniejszych momentów w moim życiu. Trochę zawalił mi się świat, wszystkie plany wzięły w łeb, byłam na totalnym rozdrożu i nie miałam pojęcia co dalej… Kompletnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać moje życie z dwójką maluchów w odstępie niecałych dwóch lat i co miałabym zrobić, jak to młodsze dziecko odrośnie od ziemi, gdzie miałabym pójść do pracy i na jakich zasadach… Te pierwsze dni były dla mnie naprawdę bardzo trudne, aż któregoś pięknego dnia – jak się już wcześniej rzekło – wstałam rano i nagle stwierdziłam, że… MUSZĘ otworzyć żłobek. Nie mam pojęcia skąd to przyszło i w jaki sposób. Nagle z dnia na dzień przestałam myśleć kategoriami: nie wiem jak, nie potrafię, nie da się, nie mamy pieniędzy, nie znam się, nie czuję się na siłach, a w moment obmyśliłam sensowny plan, jak się zabrać do tematu. Dość szybko podzieliłam się z Naną tym pomysłem i ku mojemu zaskoczeniu, przyjęła go entuzjastycznie. Wiedząc, że będę miała z kim tworzyć to miejsce, było mi dużo raźniej.

Plan był prosty – w ciąży i tak nic konkretnego nie ma co zaczynać, więc trzeba ten czas poświęcić na ogarnięcie tematu od strony formalnej. Ustawy, rozporządzenia, wymagania lokalowe, rozeznanie rynku, obczajenie potencjalnych lokalizacji, kosztorys… Pod koniec ciąży miałam już w miarę wszystko ogarnięte, wiedziałam, jakiego lokalu szukać i w jakim przedziale cenowym. Wiosną urodziła się młoda, a ja bardzo szybko doszłam do siebie i w zasadzie tuż po skończeniu połogu zaczęłam szukać lokalu do wynajmu według ustalonych wcześniej kryteriów. Jak się później okazało – ostatecznie prawie nic z tych moich początkowych ustaleń nie zostało zrealizowane…

CDN…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *