Adaptacja – z rodzicem czy bez?

Temat adaptacji w żłobku powraca jak bumerang przez cały rok, ale teraz przed początkiem nowego roku szkolnego jest podwójnie gorący, bo jednak odejście żłobkowych starszaków do przedszkoli wiąże się nieodłącznie z dużą ilością adaptacji nowych maluchów we wrześniu. W wielu żłobkach adaptacji nie ma wcale, w niektórych adaptacją nazywa się początkowe przyprowadzanie dziecka do żłobka na krótko, np. 2-3 godziny i stopniowe wydłużanie pobytu w kolejnych dniach i tygodniach. Jeszcze inną opcją są tzw. dni adaptacyjne organizowane na przykład w ostatnim tygodniu sierpnia (albo – zupełnie bezsensownie – jeszcze w czerwcu, przed wakacjami) dla dzieci, które mają zacząć przygodę ze żłobkiem od września. W takim dniu otwartym mogą uczestniczyć rodzice i jest to przynajmniej okazja dla maluchów do zobaczenia i poznania nowego miejsca w towarzystwie mamy lub taty. Niemniej trudno mówić o adaptacji jako nawiązywaniu relacji z nowymi opiekunkami podczas jednego dnia, przez kilkanaście nowych dzieci na raz oraz w warunkach zabaw i atrakcji, które zdecydowanie różnią się od zwykłej, żłobkowej codzienności. Mówi się, że lepszy rydz niż nic. Skąd jednak bierze się taki opór wielu żłobków przed zorganizowaniem dla nowych maluchów normalnej, chociażby tygodniowej adaptacji w obecności rodzica? Spróbuję rozprawić się z najczęściej powtarzającymi się obawami, wątpliwościami i mitami.

Dziecko od początku musi wiedzieć, że w żłobku będzie samo, bez rodziców

Bo wiecie, jeśli przez kilka dni przyjdzie tam z mamą lub tatą, na pewno zakoduje sobie schemat, że żłobek to takie miejsce, gdzie przychodzi się pobawić z rodzicami… Trochę się śmieję, bo ten argument brzmi nieco jakby był z serii „Nie noś, bo przyzwyczaisz” – czyli opiera się na założeniu, że jeśli zaspokajamy pilne potrzeby dziecka w danym momencie, to ono już zawsze, a przynajmniej do osiemnastki będzie wymagało tego samego, cały czas i coraz większym nasileniem, czym z pewnością zechce wykończyć swoich biednych rodziców. Skoro już jesteśmy przy noszeniu, to jest tu pewna analogia. Tak jak noworodek i później niemowlak potrzebuje tego noszenia i bliskości bardzo dużo, a później gdy odkryje uroki samodzielnego poruszania się, wręcz wyrywa się z rąk, bo chce samo chodzić, biegać i wspinać się – tak samo maluch, który potrzebuje obecności i bliskości mamy lub taty w pierwszych dniach w nowym miejscu, wśród nieznanych dzieci i pań, w warunkach tak innych niż te w domu, gdy już poczuje się pewnie i bezpiecznie, samo rusza do zabawy wśród rówieśników i eksplorowania nowego otoczenia. Poza tym przecież przez te kilka dni rodzice nie przychodzą z dzieckiem do żłobka, żeby się pobawić. Na taką swobodną zabawę i zapoznanie z miejscem jest przeznaczony zwykle tylko pierwszy dzień, a później namawiamy rodziców do stopniowego wycofywania się, aby ta mama była obecna blisko dziecka, ale już coraz mniej dostępna dla niego i np. zajęta czytaniem książki. Wtedy naturalnie tworzy się przestrzeń, w którą mogą wkroczyć opiekunki, próbując nawiązać kontakt z dzieckiem i wejść z nim w relację. Ważnym punktem przełomowym w takim modelu adaptacji jest moment, gdy dziecko z czymś przychodzi do którejś z nas, opiekunek, a nie do mamy, która jest w pobliżu. To może być pokazanie zabawki, która mu się spodobała, przyniesienie książki do czytania, czy zasygnalizowanie, że chce mu się pić. Jeśli mimo obecności mamy gdzieś z boku dziecko inicjuje kontakt z opiekunkami, jest to sygnał o tym, że zawiązał się już zalążek nowej relacji, maluch czuje się w miarę bezpiecznie i jest gotowy na to, by zostać w żłobku bez mamy. To zwykle naprawdę trwa tylko kilka dni, a dla małego dziecka to absolutnie bezcenny czas.

Co, gdy jest kilka/kilkanaście adaptacji na raz? Zaprosić na salę dwudziestu rodziców z dziećmi??

To rzeczywiście brzmi nieco abstrakcyjnie. Myślę, że to kiepski pomysł z tego samego powodu, co tworzenie dwudziestoosobowej (lub większej) grupy dzieci w wieku żłobkowym. To po prostu niekorzystne warunki dla tak małych dzieci i grupa bardzo trudna do ogarnięcia nawet dla pięciu opiekunek. Dla mnie to jest trochę kwestia poukładania priorytetów i postawienia sobie pytania, czy nie dałoby się jakoś przeorganizować i rozciągnąć w czasie przyjmowania nowych dzieci do żłobka? Część dzieci odchodzi ze żłobka już na początku wakacji i można rozważyć zaplanowanie adaptacji tak, by w jednym tygodniu adaptowało się maksymalnie 2-3 dzieci. Przy piętnastce dzieci to kwestia 5-6 tygodni, czyli rozłożenie tego na sierpień i pierwszą połowę września. Wystarczy dogadać się z rodzicami i ogarnąć to organizacyjnie. Domyślam się, że dla właścicieli prywatnych żłobków może być tu ważna kwestia finansowa, która wiąże się z faktem, że w takim układzie przez pewien czas nie ma w żłobku pełnego obłożenia dzieci, czyli są mniejsze przychody. Myślę sobie, że jest wielu rodziców, którzy byliby w stanie zapłacić czesne za pełny miesiąc, przeznaczając jego część na adaptację, byleby mieć taką możliwość. A tak swoją drogą, są rzeczy, które się opłacają, ale nie warto ich robić, są też takie, które bardzo warto, choć się nie opłacają. 😉

Obecność rodziców w żłobkowej sali utrudnia pracę opiekunkom

Nikt nie lubi, gdy patrzy mu się na ręce, to prawda. To może nie jest szczyt marzeń żłobkowych cioć, by po sali kręcił się jeden, dwoje czy nawet troje rodziców. Rzeczywiście, to może dezorganizować pracę i na dłuższą metę trudno sobie to wyobrazić. Ale po pierwsze – jednorazowo to kwestia godziny-dwóch w ciągu jednego dnia, więc naprawdę do przeżycia, zwłaszcza, gdy pracuje się normalnie i nie ma się nic do ukrycia. Po drugie – warto to dobrze zorganizować i mieć pod kontrolą po to, by właśnie ci rodzice nie plątali nam się po sali, ale byli ulokowani w jakimś sensownym miejscu, w kąciku, gdzie byliby w miarę na widoku dla dzieci, ale jednocześnie nie przeszkadzali w normalnym funkcjonowaniu. Po trzecie – zawsze powtarzam, że ten czas, gdy (najczęściej) mama jest na sali i widzi jak pracujemy, jak rozmawiamy z dziećmi, jak reagujemy na różne sytuacje, bardzo procentuje dla budowania zaufania i wzajemnej współpracy. Później, gdy jej dziecko już jest samo w żłobku i zdarzają się jakieś trudniejsze sytuacje, kryzysowe momenty i coś tłumaczymy, jak to wyglądało, to te mamy mówią: „Wiem, widziałam, jak tu u was jest, jestem spokojna”. To jest kolejna bezcenna rzecz zarówno dla dziecka, dla rodziców, jak i dla żłobka – wierzcie mi, że współpraca z rodzicami, którzy nam ufają to czysta przyjemność. Doceniam to jeszcze mocniej, gdy słyszę od żłobkowych cioć na warsztatach mnóstwo bardzo smutnych opowieści o trudnych i niejednokrotnie przykrych doświadczeniach na polu współpracy z rodzicami i łapię się za głowę, jak to jest możliwe, że w kontakcie z rodzicami żłobkowych dzieci jest tyle trudności… A może właśnie warto spojrzeć na to od tej strony i potraktować ten czas adaptacji w obecności rodzica jako inwestycję w dobrą i owocną współpracę na cały okres żłobkowej przygody danego dziecka…?

Innym dzieciom jest smutno, że nowy kolega przyszedł z mamą, a one są same

To jest argument, który porusza zwłaszcza rodziców, bo żadna mama nie chciałaby być powodem do smutku, tęsknoty i płaczu dla innych dzieci, żeby tylko pomóc swojemu maluchowi. Jednak doświadczenie pokazuje, że dla dzieci w żłobku inna mama jest jak każda obca osoba, jak pani od rytmiki, logopeda czy psycholog, który przychodzi na obserwację. Dopóki nic od nich nie chce, rzadko zdarza się, by się jej bały. A czy przez jej obecność tęsknią za swoją mamą? Nie sądzę. Widzieliście kiedyś maluszka w fazie lęku separacyjnego i tak zwanej mamozy, kiedy najchętniej przez 24 godziny na dobę nie odpuszczałby mamy na krok? Czy kiedy tej mamy nie ma obok niego, widok taty, babci albo jakiejś cioci – mamy kolegi z podwórka powoduje wzmożoną tęsknotę za mamą? Zwykle jest odwrotnie – dopóki dziecko nie widzi swojej mamy, za którą przecież tak bardzo tęskni, funkcjonuje nadzwyczaj dobrze. Dopiero pojawienie się tej mamy powoduje wybuch emocji, najczęściej w postaci płaczu. Swoją drogą, to zupełnie normalne zachowanie, które świadczy o bezpiecznym typie przywiązania. Rodzice często bywają przerażeni, kiedy dziecko na ich widok po kilku godzinach w żłobku wybucha płaczem, jakby działa im się tam najgorsza krzywda. Spokojnie, po prostu te trudne emocje, które przez kilka godzin się w dziecku kumulowały, muszą znaleźć jakieś ujście. Wracając jednak do tęsknoty za mamą, którą miałaby wzmagać obecność innej kobiety w żłobkowej sali, dodam tylko, że w przypadku łagodnej adaptacji taka obawa nie ma większego uzasadnienia jeszcze z jednego powodu. Jeśli każde z tych dzieci obecnych w żłobku przeszło swoją adaptację w bliskości z mamą lub tatą, to raczej nie mają doświadczenia porzucenia przez mamę w obcym miejscu. Jeśli na początku zadbało się o poczucie bezpieczeństwa i łagodne wchodzenie w żłobkowy rytm, nie ma podstaw, by obawiać się, że każde wejście obcej osoby na salę będzie powodowało silne emocje, kojarzące się z tęsknotą za mamą. Poza tym takie dzieciaki mają też mocny fundament dobrej relacji z opiekunkami, więc nawet jeśli będzie to dla nich trudne, to wiedzą, że mogą szukać pomocy u cioć, które z pewnością utulą ten smutek i uspokoją malucha – tak samo jak po kłótni z innym dzieckiem o zabawkę czy przy stłuczonym kolanie. Tych dziecięcych smutków i smuteczków jest na co dzień przecież wiele i ciocie spokojnie sobie dają z nimi radę. A skazywanie nowego dziecka na traumę, żeby innym nie było przykro brzmi po prostu słabo.

Adaptacja bez rodzica jest krótsza i łatwiejsza

Zdaje mi się, że osoby, które promują taki pogląd, miały zwyczajnie trochę „szczęścia”, że nie trafiały na bardziej wrażliwe i wymagające dzieci. Przeżyłam w żłobku sporo adaptacji bez rodziców i bywały one bardzo różne. Były dzieci, które płakały przez 3-4 dni, po czym odpuszczały, ale zetknęłam się też z wieloma dziećmi, które potrafiły przepłakać dosłownie 2-3 tygodnie. Codziennie, prawie bez przerwy, bo bardzo trudno było ten płacz ukoić. Nie ma tu żadnej reguły. To, jak długo będzie trwał proces oswojenia się ze żłobkiem, poznania cioć i wejścia w nowy rytm, zależy od mnóstwa czynników i jest kwestią bardzo indywidualną. Czasem zdarza się też tak, że w początkowych dniach adaptacji wszystko idzie gładko i sprawnie, a później po tygodniu-dwóch, gdy dziecko orientuje się, że to już tak będzie codziennie, przychodzi kryzys. I wtedy właśnie ten łagodny początek i relacja z opiekunkami budowana w poczuciu bezpieczeństwa, daje szansę na pełne empatii poradzenie sobie z trudnymi emocjami.

Dziecko tak i tak płacze, więc bez sensu mieszać w to rodziców

Wyznacznikiem i celem dobrej adaptacji nie jest to, by dziecko nie płakało w ogóle, to jasne. Płacz jest dla małego dziecka naturalnym sposobem wyrażania i regulowania emocji. Nawet w najbardziej łagodnym i dostosowanym do potrzeb danego malucha modelu adaptacji, są momenty, gdy ten płacz się pojawia i zwyczajnie trzeba go wziąć na klatę. Ale, na litość, wyjaśnijmy sobie jedno. Płacz dziecka, które zostało zostawione przez mamę w całkiem obcym miejscu i z obcymi osobami to płacz ze strachu, kompletnej bezradności i przeogromnego stresu, który zalewa jego małe ciałko. Jeśli nawet ciocie wezmą na ręce i przytulą tego płaczącego malucha, to to są dla niego obce osoby, co do których nie ma pojęcia, czego może się po nich spodziewać. Zanim się dowie, że to są spoko opiekunki, z którymi można się fajnie bawić, przeżyje traumę. Przepraszam za dosadność, ale nie potrafię nazwać inaczej tego, co dzieje się w takiej sytuacji. Dla porównania – dziecko, które miało szansę w obecności rodzica zapoznać się z nowym miejscem i które zna już opiekunki, wie, że może liczyć na ich pomoc, jeśli płacze, to jest to płacz smutku i tęsknoty, bo trudno się rozstać z mamą. W dodatku może on być skutecznie ukojony przez ciocie, które dziecko już zdążyło poznać i polubić. To jest zupełnie inny płacz, to naprawdę diametralnie różne sytuacje. Jeśli dla kogoś to naprawdę nie ma żadnego znaczenia, to może po prostu lepiej się przekwalifikować…? Dziecko to człowiek, tylko trochę mniejszy. Warto o tym pamiętać.

To chyba najważniejsze argumenty, którymi żłobki najczęściej tłumaczą się, dlaczego adaptacja z rodzicami nie wchodzi w grę. Spotkałam się też z pomniejszymi, wręcz absurdalnymi informacjami, że podobno wpuszczenie rodzica na salę jest naruszeniem zasad bezpieczeństwa, a nawet że zakazuje tego sanepid. Nie, nie ma żadnych przepisów regulujących takie rzeczy. Wiem za to, że trwają prace nad wprowadzeniem do Ustawy o opiece nad dziećmi do lat 3 regulacji dotyczących obowiązkowego przeprowadzenia procesu adaptacji dzieci w instytucjach opieki. Bardzo liczę na to, że już za jakiś czas normalna adaptacja stanie się standardem w polskich żłobkach i klubach dziecięcych. Jeśli nie nakazem ustawodawcy, to przynajmniej pod presją coraz bardziej świadomych rodziców, którzy zwyczajnie będą się tego domagać, odpierając bezsensowne i nielogiczne argumenty za niewpuszczaniem rodziców na żłobkowe sale.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *