Historie adaptacji #1

Początek września to czas pełen wyzwań dla wielu maluchów rozpoczynających przygodę ze żłobkiem oraz (a może zwłaszcza!) dla ich rodziców. Wszystkim z serca życzymy łatwych i szybkich adaptacji w żłobku, ale doświadczenie pokazuje, że jest też wiele dzieci, którym jest trudniej, potrzebują więcej czasu, więcej uwagi, więcej bliskości, więcej elastyczności i indywidualnego podejścia. Czasem adaptacji w żłobku nie liczy się w dniach czy tygodniach, ale w miesiącach. To trudne wyzwanie zarówno dla rodziców, jak i dla żłobkowych cioć, ale przy obopólnej życzliwej współpracy efekty mogą być zaskakujące. Chcemy dzielić się tutaj takimi historiami – długich, krętych i wyboistych adaptacji, które – choć trudne – okazały się niezwykle rozwijające i budujące niesamowite relacje. Dzisiaj, na pierwszy ogień poznajcie historię Lilki, pierwszej absolwentki Domowego Żłobka. 🙂

Oddajemy głos mamie Lilki.

Lilka zaczęła swoją przygodę ze żłobkiem w wieku 2 lat i 3 miesięcy. Nasza adaptacja była długą i krętą drogą, na szczęście zakończoną sukcesem. Zacznę od tego, że Lilka jest bardzo wrażliwym dzieckiem, typowym „high need baby”, który większość czasu spędza u mamy na rękach.  W każdym miejscu potrzebowała chwilkę czasu, żeby się oswoić. A w związku z tym że mieszkamy z dala od rodziny, przez większość dnia była tylko ze mną. Z dziećmi miała kontakt jedynie na placach zabaw, więc zdawałam sobie sprawę, że adaptacja może być trudna dla nas obu. Aczkolwiek Lilka zaskoczyła nie tylko mnie, ale i żłobkowe Ciocie bo bardzo szybko nawiązała z nimi kontakt, a pierwsze co mówiła po przebudzeniu to, że chce już iść do żłobka. Zostawała stopniowo każdego dnia coraz dłużej. Zawsze mówiłam jej kiedy wychodzę i kiedy po nią przyjdę. Niestety w drugim tygodniu adaptacji złapała pierwszą infekcję i po powrocie z choroby nastąpił totalny regres. Musiałyśmy rozpocząć readaptację. Całe szczęście nasz żłobek podchodził indywidualnie do każdego dziecka, więc nie stanowiło problemu to, że przebywam z Córką na sali, albo że siedzę w szatni i Córka przybiega do mnie po 10 razy, żeby sprawdzić czy rzeczywiście nigdzie nie wyszłam. Niestety mijał tydzień i kolejny, i nie nastąpił żaden progres. Siedziałam w szatni 2, 3 a czasem i 5 godzin, a jej wcale nie było łatwiej się ze mną rozstać. Sytuacja zaczęła mnie przerastać, co zauważyły nawet Ciocie. Nie pomogły ani jej ukochane maskotki psy, ani moje zdjęcie w torebeczce. Czułam złość na Córkę, że to tyle trwa i że jest tak „trudna” i „oporna”, bo włączył mi się już tryb porównywania z innymi dziećmi. Byłam sfrustrowana i bezsilna, bo minął miesiąc, a ja dalej zamiast korzystać z wolnego czasu, siedziałam w szatni, a Córka nawet nie pozwalała zamknąć za sobą drzwi, bo bała się, że zniknę. Na szczęście dzięki cudownej współpracy z Ciociami i Panią Psycholog udało nam się wspólnie wypracować rozwiązanie.

Po pierwsze musiałam poustawiać sobie w głowie pewne rzeczy, m.in. to, że oddając dziecko do żłobka, nie jestem złą mamą i że dobre rozstanie to wcale nie rozstanie bez płaczu. Poza tym przy wieczornej rozmowie z Córką opowiedziałam jej co czuje w związku z tą całą sytuacją i starałam się pokazać jej, że ani mi, ani jej przesiadywanie w szatni już nie służy i nie ułatwia rozstania. Ustaliłyśmy, że od jutra nasze pożegnania będą krótsze, a moje ostateczne wyjście zakomunikuje jej dzwonek w telefonie, którego dźwięk sama wybrała. Bałam się, co będzie rano, ale nie dopuszczałam już żadnych myśli o niepowodzeniu. W innym wypadku z bezradności byłabym skłonna zrezygnować całkiem ze żłobka. Odprowadzając ją, szłam bojowo nastawiona. Na początek ustawiłyśmy czasomierz na 10 minut. Był to czas przytulania, głaskania , opowiadania sobie historii o dziewczynce „Meli” , która tak naprawdę była Lilką itp. Gdy zadzwonił wyczekiwany przeze mnie dzwonek, poinformowałam Lilkę, że to czas naszego pożegnania. Dałam jej buzi i wzięłam z kolan na ręce. Zażartowałam, że jest małą, skaczącą piłeczką, która przeskoczy teraz w ramiona Cioci. Nie obyło się bez niezadowolenia czy smutku na jej twarzy, ale szczerze byłam pod wrażeniem jak rewelacyjnie nam to poszło! To był moment przełomowy w naszej adaptacji. Z dnia na dzień było już tylko lepiej. Lilka nawet po powrocie z choroby nie miała problemu, by zostać w żłobku. Wymyślałyśmy sobie, że raz jest piłeczką, następnym razem ja byłam Mikołajem, a ona prezentem dla Cioci, czy kurierem, a ona paczką, którą musiałam dostarczyć do żłobka. Takie zabawy, jak radziły nam Ciocie, miały służyć rozluźnieniu atmosfery i obniżeniu napięcia. Ostatecznie czas rozstania skróciłyśmy do jednej minuty.   

Podczas tej adaptacji najważniejsze było dla mnie to, że miałam świetny kontakt z Ciociami. Zawsze, gdy się coś działo dostawałam telefon czy sms. Sama również mogłam napisać w każdej chwili i upewnić się czy z Lilką wszystko ok. Po drugie wiedziałam, że zostawiam Lilkę w dobrych rękach. Nigdy nie usłyszała od żadnej z Cioć tekstów, że  „Nie wolno płakać ”, „Musisz być dzielna”, „Nie bądź beksa” itp. Nigdy też nie została okłamana, że mama wychodzi tylko na chwilę i zaraz wróci, albo że mama jej nie odbierze, jak będzie tak płakać. Ciocie szanowały i towarzyszyły jej w trudnych chwilach. Wystarczyło, że Ciocia wzięła na kolana, przytuliła i zaakceptowała jej smutek.

Mam nadzieję, że nasza historia będzie wsparciem dla wszystkich bezradnych i bezsilnych rodziców, dla których adaptacja ich dzieci jest ciężką przeprawą. Podążajcie za swoimi dziećmi, a przede wszystkim zadbajcie o swój pełny kubeczek. 😉

1 thought on “Historie adaptacji #1

  1. Piękna historia! 😍 Cieszę się, że zakończyła się sukcesem i w pełni rozumiem te frustracje – czuje się zupełnie podobnie. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *